Kiedy Orson Welles pisał „1984”, chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego zamysł Wielkiego Brata, oka, które wszystko widzi doczeka się nie tylko programów telewizyjnych, ale również dla wielu osób będzie przepustką do … kariery zawodowej albo przynajmniej próbą jej rozpoczęcia. Drogi jednak do owej kariery są bardzo różne i z reguły kończą się tak samo – wielką klapą.

Pierwszym reality show, jakie wyemitowano w polskiej telewizji był TVN-owski „Big Brother”, który oglądało się ze zwyczajnej ciekawości, czym to pachnie. Ludzie, którzy z własnej i nieprzymuszonej woli pozwolili się zamknąć w Sękocinie i filmować 24h/dobę, liczyli prawdopodobnie na wielką sławę i bezustannie, z uporem maniaka powtarzali, że po wyjściu wykorzystają swoje „pięć minut”. Żadnego wykorzystywania nie było, bo jeden z uczestników nagrał płytę, której słuchać się nie da i nawet nie pomogły zdjęcia, jak Pan Bóg stworzył, drugi usiłował program prowadzić, którego nikt nie oglądał, a kolejny zagrał w filmie, który nie trzymał najniższej nawet klasy. I tyle z kariery.

Oczywiście, owo rewelacyjne widowisko, stanowiące idealną rozrywkę chyba tylko dla niezbyt rozgarniętych pensjonariuszy zakładu psychiatrycznego, doczekało się kolejnych edycji, które spotykało się z coraz mniejszym zainteresowaniem ze strony widza polskiego (i dzięki Bogu!). Na tym jednak nie skończyła się reality show fala, bowiem powstawały kolejne telewizyjne, ogłupiające do granic możliwości „cuda” o „włochatych i brunetkach”, „siedem światów” i słynny polsatowski „Bar”, w którym na gorącym krześle wypłynęła (wyskoczyła) wszystkim powszechnie znana, artystycznie atrakcyjna niby widowisko, jakie ją wypromowało, Doda. Na szczęście, z biegiem czasu rodzima Elektroda porzuciła styl „taniej, krzykliwej, z tipsem”, ale kanon reality show niestety tylko zaczął się udoskonalać w swojej skrajnej głupocie i tandecie.

Nowa forma reality show bowiem … weszła do domu. Tego jednak wcześniej nie było. Prekursorem tego typu szaleństw był znany z małżeństw, rozwodów, a ostatnimi czasy, również i nowotworów, Michał Wiśniewski w programie o wiele mówiącym tytule „Jestem, jaki jestem” czy coś w ten deseń. Nie przyjęło się. Ale dym po ogniu pozostał, z tym że gawiedź polska zwróciła swe lica w kierunku reality show domowej roboty, ale w wersji amerykańskiej. I tak pojawiły się w Polsce „Króliczki Playboya”, „Kardashianowie” czy „Ekipa z New Jersey”. Tego też się nie da w spokoju oglądać. Tylko ładniejsze klimaty są, bo akcja ma miejsce w Kalifornii przeważnie (oprócz, „Ekipy…”), zatem i słońce jest i zgrabne dziewoje. I generalnie jakieś te Kim czy Holly ładniejsze są od naszych rodzimych Manuel Michalak czy Jol Rutowicz. Choć pewnie porównywalnie lotne umysłowo.

Wieść gminna jednak niesie, że Polska za niedługo może się doczekać własnych Kardashianek w postaci córek pana i pani Grycan. Naśladownictwo jednak będzie chyba tu miało wyłącznie wymiar (eee, rozmiar?) założeniowy, bo nasze polskie Kardashianki nieco … więcej zajmują miejsca w kadrze. I uroda Grycanek jest nieco mniej nachalna (jak powiedziałaby Maria Czubaszek) aniżeli koleżanek po fachu zza wielkiej wody. Ale panienkom Grycan przyświeca zasada, że należy się akceptować i kochać takim, jakim się jest i tego należy im naprawdę zazdrościć. Rzadko zdarza się, by w dobie chudości i jedzenia jednego małego kalafiora z odrobinką kurczaka na obiad mieć tak wielkie (znaczy wysokie) mniemanie o sobie i przekonanie o pięknie kształtów rubensowskich.

Reasumując, czeka nas ciekawa rozgrywka medialna (o ile dojdzie rzeczywiście do emisji kolejnego reality show w polskiej telewizji), a widzowie będą mieli okazję popatrzeć, jak człowiek wychodzi na lodach i słodyczach. W każdym razie, reklamę produktom swojego ojca, nasze rodzime Kardashianki robią średnią, bo większość kobiet jednak, sięgając po słodycze, waha się albo ma wyrzuty sumienia. Względnie nie sięgają wcale albo odrobinkę dla samego smaku. Można zatem powiedzieć, że program o Grycankach stanowić będzie swoisty apel do wszystkich „uważaj na słodycze, nie jedz ich wiele, bo za chwileczkę nie zmieścisz się we własnym ciele”.